Gdzie zjeść w Sewilli – tańczące smaki – mój przewodnik po najlepszych tapas barach

Cerveceria La Maceta

calle Virgen de Loreto 19

Wstępujemy tu w godzinach obiadowych i ledwo dopychamy się do baru. Bardzo popularne miejsce wśród miejscowych. Wystrój oddycha Hiszpanią łącząc ceramikę z drewnem.

Bar La Maceta jest pierwszym barem, który odwiedzamy po Granadzie i odnoszę wrażenie, że tu życie toczy się szybciej. Południowcy generalnie kipią energią, ale tu czuje też pewną nerwowość, podobnie jak w Madrycie (żeby była jasność – uwielbiam Madryt).

W Sewilli musimy pożegnać się z darmowymi tapasami. Przekąski są tu płatne około 3,20 euro i w górę. Piwo kosztuje 1,20 euro (czyli trochę taniej niż w Granadzie, ale bez sytej przekąski, więc w sumie wychodzi drożej jeżeli chcemy coś zjeść).

Bierzemy krokiety z ogona byka i stek z tuńczyka z rusztu. Nie urywa nam to podniebienia, ale nie mogę powiedzieć, że było nieświeże, czy źle wysmażone. Generalnie warto wpaść na jeden tapas, aby wchłonąć lokalną atmosferę każdym zmysłem.

Ps. Urzeka mnie ich zdjęcie w tle na FB https://www.facebook.com/BarLaMaceta. Prawda, że rozkoszne?

Vinería San Telmo

paseo Catalina de Ribera 4

Miejsce popularne i znane z jedzenia wysokiej jakości zarówno przez turystów jak i lokalnych. Polecane przez każdego przewodnika wycieczek w stolicy i warto pójść za radą i wstąpić do San Telmo.
Dosyć ciemno w środku, na ścianach zdjęcia win i regał z butelkami jak na vineríę przystało. Jest to jedna z droższych restauracji w której byliśmy, ale na kieszeń turysty.

Zamawiamy wspaniałego Bacalao a la Roteña al pil pil (dorsza w sosie pil pil z ziemniakami). Jest to wariacja potrawy pochodząca z Roty (andaluzyjskie miasteczko w prowincji Kadyks). Oryginalnie przyrządza się je z ryby Urta nie z Bacalao. W San Telmo podano ją zgodnie z tradycją w pomidorach, ale zamiast urty podano dorsza, do tego pikantny sos nadał charakteru potrawie. Idealnie przygotowana, doprawiona i świeża ryba.

Na deser jemy tartę de limón. Delikatna kremowa słodko kwaśna konsystencja ciasta rozpływała się w ustach. Na samo wspomnienie oblizuje się po ustach. Bajeczna! Musisz spróbować.

Las Golondrinas

calle Antillano Campos 26 Triana

Witamy w bajkowym świecie. Tu jest po prostu przepięknie. Każdy element knajpy stanowi ozdobę. Przy ozdobionym ceramiką barze wiszą piękne donice pasujące do ceramicznych zdobień, w honorowym miejscu przy barze obraz Matki Boskiej, również zachowany w tonie niebiesko żółtym. Na piętro baru prowadzą misternie zdobione schody, by przenieść nas do uroczej salki z ozdobnymi krzesełkami jakich pełno w starych domach winiarzy. Na suficie, nad barem, trzy okienka, oczywiście również wprowadzający w bajeczny klimat. Wszystko to sprawia, że bar jest bardzo przytulny (dosyć mały zwłaszcza na parterze). Ach i bym zapomniała – właściciel nie zapomniał nawet o toalecie zaopatrując ją w ceramiczną umywalkę.

A teraz trochę o jedzeniu. Jemy dwa tapasy – pez espada (ryba miecznik) i salmón a la plancha (łosoś grillowany), do tego oczywiście kieliszek jerez. Nie wiem czy jedzenie było takie dobre, czy po prostu urok tego miejsca sprawiał, że cokolwiek by mi podano zajadałabym to ze smakiem. Zdecydowanie punkt obowiązkowy na sevillskiej mapie.

Alvaro Peregil

calle Mateos Gago 20

W barze nie ma krzeseł. Pewnie dlatego, że gdyby je rozstawić to nie byłoby miejsca dla klientów. Tawerna jest maciupka. Taka wnęka z małym barem. A może nie ma krzeseł, bo Hiszpanie uwielbiają jeść i pić na stojąco? Nawet na zewnątrz są tylko stoliki. Oznacza to na pewno jedno: Tu się pije i przegryza, a nie biesiaduje. Wystrój tego mini lokalu jest pełen przyjemnego chaosu w którym panuje domowa atmosfera: tu wisi jakaś półka, tam sztuczny kanarek w klatce i gdzieniegdzie porozwieszane humorystyczne napisy świadczące o poczuciu humoru właściciela – poza tym właściciel daje wyraz swojej wesołej osobowości uśmiechając się i dowcipkując (rozbrajająco, nie złośliwie) sobie z turystki udając, że nie rozumie o co prosi.

Koniecznie trzeba tu zajrzeć po Vino de naranja – przy takiej liczbie drzew pomarańczowych zdziwiłabym się bardzo gdyby czegoś podobnego nie mieli (w końcu pomarańcza to symbol Andaluzji), oraz przegryźć pringą – kanapką z mieszanką mięs.
Winko de naranja jest winem słodkim o posmaku pomarańczy – dosyć mocny słodki przyjemniaczek do picia, nie bez powodu nazwałam je winkiem, a nie winem.

Meson los venerables

calle Jamerdana 9

La comida como en la abuela! – jedzenie jak u babci. Jeśli chcesz zjeść dobre, domowe hiszpańskie jedzenie i do tego w dobrej cenie idź do Los Venerables!

Na początek beirzemy flamenquines – kordobańskie krokiety z szynką i serem. Oryginalnie, w Kordobie podawane są w półmetrowym rozmiarze.
Następnie zamawiamy wspaniałe pisto – duszone warzywa, oraz solomillo de whisky – polędwicę wołową bądź wieprzową w whisky.

Wystrój w drewnie, obowiązkowo wielka głowa byka na ścianie, dosyć nastrojowo i ciemno w środku.

Dodatkową wartością Los venerables jest przemiła polska obsługa.

Bodeguita Casablanca

Adolfo Rodriguez Jurado 12

Do Bodeguity przychodzimy by napić się jerez. Jest tu dosyć dobre wino co prawda dużych producentów, ale przynajmniej inne niż Tio Pepe.

Co rzadko zdarza się w Sewilli otrzymujemy bezpłatne tapas – ziemniaki podsmażane z koperkiem. Nic więcej nie jemy, nie taki jest cel tej wizyty, ale jadło wygląda bardzo apetycznie.

Głośna hiszpańska atmosfera i ogrom zdjęć z corridy na ścianach. Mimo bliskości katedry jest bardzo dużo miejscowych, aż dziw, że lokal z takimi hiszpańskimi tradycjami ,nie nastawiony tylko na turystów, znajduje się tuż przy katedrze, tak turystycznym miejscu. Oczywiście my z tego bardzo się cieszymy i z pewnością powrócimy tu przy najbliższej nadarzającej się okazji.

 

Wizyta w urzekającej ferią kolorów i tętniącej życiem Sevilli dobiega końca. Zdecydowanie 2 dni to zbyt mało na zgłębienie uroku tego miejsca. Z niedosytem jedziemy do Jerez de la Frontera ciekawi tamtejszych kulinarno – winiarskich doznań i z nadzieją, że do Sevilli jeszcze powrócimy.